Aktualności

Aktualności

Wywiad opublikowany w „Gazecie Paryskiej” nr 28, maj-grudzień 2016 (w języku polskim i francuskim).

Wywiad przeprowadziła ze mną pani Irena Filus, redaktor naczelna Gazety, latem 2016 roku.


Katarzyna Dyszyńska fotografuje od młodości. Jednak w pewnym, dość późnym zresztą, okresie uświadomiła sobie, że jej pasja może stać się sposobem na życie, celem, który konsekwentnie realizuje. Dostrzegła w niej potencjał, który daje znacznie większe możliwości niż się spodziewała.

(fil)

Dlaczego tak późno zaczęłaś fotografować, jak to się stało i w jakich okolicznościach?

Rzeczywiście trochę późno, ale może dzięki temu ciągle jestem „młodym” fotografem.
Cóż, czasy były inne i inne możliwości, a i priorytety rodziców dotyczące mojego wykształcenia odmienne i dalekie od moich marzeń. Pewnie tak miało być. Regularna edukacja w zakresie fotografii praktycznie nie istniała. Oczywiście robiłam jakieś zdjęcia, z których do nielicznych tylko jestem skłonna się teraz przyznać. Miewałam kolejne aparaty, o co w czasach żelaznej kurtyny nie było łatwo (jednym z nich fotografuję do dziś, a służy mi od blisko 40 lat), sama wywoływałam filmy czarno-białe i robiłam odbitki w łazience, miałam skromną biblioteczkę poradników (raczej z zakresu techniki, technologii i historii fotografii). Ale to czego mi brakowało, to zrozumienia, że fotografią mogę coś wyrażać, a nie tylko poprawnie dokumentować. Najwyraźniej potrzebowałam pomocy.
Z okazji pięćdziesiątych urodzin – po znalezieniu stosownej ulotki reklamowej w zakładzie fotograficznym, gdzie od lat oddawałam swoje kolorowe negatywy do wywoływania – ufundowałam sobie prezent w postaci egzaminu do niedawno powstałej, prywatnej Warszawskiej Szkoły Fotografii Mariana Schmidta, gdzie potem w zachwycie spędziłam ponad 3 lata, zakończone dyplomem.
To było jak grom z jasnego nieba. W szkole spotkałam fantastycznych wykładowców, fotografów o wielkiej wiedzy i ogromnej wrażliwości. Chłonęłam wszystko jak gąbka i „rosłam”. Próbowałam wszystkiego, co szkoła oferowała, a było tego mnóstwo i to w najlepszym gatunku. Tak pod względem technicznym, teoretycznym, kadrowym, jak i tym, co najważniejsze: nabierania umiejętności widzenia i odwagi wyrażania; szkoła wspierała indywidualność, utwierdzała w wyborach. Dość szybko odkryłam, w czym czuję się najlepiej, jednak nie zaniedbywałam prób i konsultacji w gatunkach mniej mnie wciągających, bo wiedziałam, że inspiracje mogą pochodzić z odległych nawet kierunków, jeśli dane nam jest spotkać tak wyjątkowych nauczycieli. No i dziś, po wielu latach, które upłynęły od dyplomu, jako dumna absolwentka WSF mogę powiedzieć, że to była moja najlepsza, samodzielna decyzja w życiu.
Z niektórymi osobami związanymi z WSF mam kontakt do dziś. Niedawno założyliśmy Polskie Stowarzyszenie Fotograficzne Ekwiwalenty; jesteśmy grupą ludzi zawodowo pracujących w bardzo różnych dziedzinach, ale mocno połączonych podobnym podejściem do fotografii.

Czy fotografujesz codziennie, chodzisz z aparatem szukając okazji, czy też wyprawiasz się na „łowy” fotograficzne?

„Polowanie” to nie moja domena. Ja pomalutku. Mały aparat staram się prawie zawsze mieć przy sobie, na wypadek, gdybym znalazła się w miejscu, gdzie bywam rzadko. Jeśli coś mnie zainteresuje czasem uda się zrobić zdjęcie, a czasem „notatkę”, po to by powrócić, choć motywu może już zabraknąć. Natura nie próżnuje: nieustannie buduje lub niszczy. Większym wyzwaniem są obrazy, które płyną w chmurach. Bo chmur właściwością jest / nie powtarzać się nigdy / w kształtach, odcieniach, pozach i układzie. [Wisława Szymborska].
Najchętniej jednak wybieram się na spacery w ciszy Obserwuję, patrzę i jeśli coś przykuje moją uwagę, zatrzymuję się tam i kontempluję, sprawdzam czy oddziałuje na mnie dłużej czy też ciekawe było tylko na pierwszy rzut oka, czy może trzeba doń podejść z innej strony, może poczekać na zmianę światła, wiatr albo ciszę. Bywa, że coś jest mocnym motywem w naturze, ale na zdjęciu nie działa; zdarza się też odwrotnie, ale rzadziej (tu zdaję się na intuicję). Bywa też, że motyw jest dobry, ale jakoś nie dość dobrze komponuje się w kadrze i wtedy uratować go może połączenie z inną klatką przez wielokrotną ekspozycję albo przez stworzenie „sandwicha”. Co nie znaczy, że te działania służą wyłącznie do ratowania „wybrakowanych” klatek.
Niespiesznemu fotografowaniu sprzyja bardziej aparat analogowy ze swoimi ograniczeniami (klatek jest ile jest), świetnie wyhamowuje nadmierne pstrykanie. Od jakiegoś czasu na wyprawy znowu zabieram analogi i czuję się z nimi znacznie spokojniej. Niestety nie da się zobaczyć efektów od razu, trzeba poczekać, ale to też może być zaletą. Wadą jest waga i rozmiar aparatu. No i związany z tym bunt kręgosłupa.

Jak znajdujesz nowe tematy? Przypadkowo czy świadomie myślisz o czymś nowym?

Generalnie nie wymyślam nowych tematów, zawsze mam w głowie moje motto i z tym zadziwieniem fotografuję. Zależnie od nastroju i przeżyć własnych odnajduję w naturze, jak w zwierciadle, obrazy, które opisują mój stan ducha lepiej niż dziesiątki słów. Przyroda potrafi pokazać wszystko – to kopalnia tematów! Wszystko, co zajmuje moje myśli, wyobrażenia, odczucia, dramaty i euforie zawarte jest w cudzie stworzenia i służy powstawaniu mojej fotografii. Kadrami z natury można pokazać swój stosunek do wielu spraw, nieoczekiwanie znajdujesz tam komentarze do wszystkiego co Ci chodzi po głowie i co cię porusza.

Czym jest więc dla Ciebie fotografia?

Chyba możliwością najbardziej osobistego opisania świata, ale zacznę od posłużenia się bliskim mi zdaniem, wypowiedzianym przez Elliotta Erwitta: Cały sens robienia zdjęć jest taki, że nie trzeba wyjaśniać rzeczy słowami. Dla mnie jest to bardzo mocna strona fotografii. Jestem zdania, że daje ona, zarówno autorowi, jak i odbiorcy znacznie bardziej komfortową sytuację niż słowo.
W moim przypadku niespieszna obserwacja natury i „wycinanie” jej skrawków, harmonizujących z emocjami, poprzez subiektywny wybór obrazów wyrażających te emocje, jest esencją tego, co chcę przekazać. Jak zostaną odczytane, to już zupełnie inna sprawa.
Zasadniczo nie podpisuję moich zdjęć, bo sens obrazu nie tkwi w jego rzeczywistym umiejscowieniu geograficznym; podpis taki może mieć raczej znaczenie katalogowe. To, co znajduje się na fotografii to jedynie odzwierciedlenie mojej świadomości, która czasem przywołuje coś z mojej przeszłości, czasem dotyczy wzruszeń z tu i teraz, czasem odwołuje się do oczekiwań związanych z przyszłością. To niezwykłość przyrody, w której najczęściej szukam motywów, sprawia, że emocje szybują swobodnie i przeistaczają się w moje fotografie.
A zatem fotografia to niewerbalna opowieść o autorze, dająca również odbiorcy możliwość zajrzenia w głąb siebie, jeśli jego wrażliwość da mu taką szansę.

Czy wobec tego wyodrębnienie pojęcia „fotografia artystyczna” ma jakiś sens?

Jak pokazuje historia fotografii, nie jest to raczej możliwe. Prób i argumentów było wiele. Pojawiały się na różnych etapach rozwoju tej dziedziny. Wyodrębnienie oznaczałoby ustalenie katalogu kryteriów zaliczeniowych, wyznaczenie ostrej granicy. Tymczasem mamy do czynienia ze „zbiorami” zachodzącymi na siebie, granice między nimi wydają się płynne i to coraz bardziej. Im dłużej fotografia istnieje i im więcej przestrzeni w naszej cywilizacji zajmuje, tym bardziej wyznaczanie granic dla jej podkategorii wydaje się nie tylko trudne ale i zbędne. Jednak fotografia artystyczna, prezentowana w galeriach musi spełniać dodatkowo kilka wymogów, jeśli chce funkcjonować na rynku sztuki.

Czy według Ciebie każdy może fotografować?

Każdy może wziąć aparat i wyzwolić migawkę, czyli spowodować, by materiał światłoczuły zarejestrował obraz. Czy powstanie z tego dobra fotografia? Czasem tak, czasem nie. Przecież zdjęć nie robi sam aparat, robi je świadomy, „przyczepiony” do aparatu, człowiek. To od niego zależy co się znajdzie na zdjęciu. Pomijam fakt zdjęć przypadkowych, bo nie o to Ci chyba chodzi.
A odpowiadając konkretniej – Myślę, że każdy, kto wie dlaczego lub po co to robi. Powodów, oczywiście, może być wiele. Czym innym kieruje się reporter, czym innym dokumentalista, fotograf przyrody, fotograf ślubny, sportowy, portrecista, czym innym osoba tworząca historię własnej rodziny lub „kolekcjonująca” zachwyty z odbywanych podróży, czym innym refleksyjny fotograf, chcący podzielić się zadumą nad kondycją własną i (wszech) świata czy fotograf kreacyjny (jakkolwiek byśmy go nie zdefiniowali). Najważniejsze jest to, jak zdjęcie wygląda finalnie – im mocniej na nas oddziałuje tym jest lepsze. A oddziaływać może mocno rozpoznawalną treścią, kompozycją, kontrastem, kolorem lub zestawieniem kolorów i wieloma innymi elementami przekazu wizualnego. Może nas koić lub nas oburzać. Może zaciekawiać. Nie może nas jednak czynić obojętnym.
Zazwyczaj przy tworzeniu naprawdę dobrych fotografii potrzebny jest także zasób wiedzy, choćby z zakresu komponowania obrazu, wykorzystania światła czy możliwości jakie daje nam nasz sprzęt. Dodałabym jeszcze, że czasem zdjęcie wymaga też swoistej „postprodukcji”, do czego potrzeba kolejnych umiejętności.
Chciałabym zakończyć moje refleksje bardzo trafnym i ponadczasowym cytatem z Martina Parra: – Fotografia jest najprostszą rzeczą na świecie, ale jest to niewiarygodnie skomplikowane, by naprawdę działała.
Wywiad Irena Filus (cor O.D. i S.R.)

Wywiad został zilustrowany kilkoma moimi fotografiami, wybranymi przez Redakcję:

a także zamieszczone zostało moje motto:

Nieobojętnie, powoli, w zachwycie i z pokorą. Wobec piękna i potęgi.
Mijam kamienie, stoję nad wodą, patrzę w niebo.
Całą sobą przemierzam przestrzenie natury.
Wycinam jej skrawki i w skupieniu „słucham”.
One krzyczą, szepczą, czasem milczą.
Są gigantami albo słabe, wiotkie, ulotne.
Przyroda nieożywiona?
To wszystko z podziwu dla dzieła (s)tworzenia.